niedziela, 18 maja 2014

MATEMATYKA


Magda powiedziała, że już pana nie będzie. Że rozstaniemy się w spokoju, zupełnie w ten sam sposób jak się spotkaliśmy. Matrycą szczęścia już nigdy nie będą: poranna kawa z torebki albo faszerowana ryba podczas rozdzielnych świąt. Za głośny komputer w parze ze starym systemem komputerowym nie będą już przygłuszać naszych rozmów o wyborach do senatu czy kondycji warszawskiego Palucha. Właściwie jej twarz zakomunikowała mi dosyć czytelnie, że już niczego nie będzie.
                Wybrałam granatową sukienkę, która kojarzyła mi się równie czytelnie z wieczornymi spacerami, jak i z powagą sytuacji. Zanim jednak postawiłam na granat, zdołałam przymierzyć stos zwiewnych czarnych szmat, jak nigdy wcześniej nie pasujących do mojej bladej i zmęczonej twarzy.
                Różnica między Warszawą a Olsztynem to jakieś 176 kilometrów. Tego dnia różnica temperatur wynosiła jedynie dwa stopnie,  wrzesień był wyjątkowo słoneczny. Gdzieś koło setnego kilometra przy drodze stała para. Chłopak i dziewczyna. Różnica wzrostu była niewielka między nimi, różnica wieku, trzy, cztery lata. Różnili się budową ciała, on praktycznie przysadzisty, ona eteryczna. Oboje byli blond, lecz z różnicą w odcieniach.
                Zapytali, czy podwieziemy ich do Olsztyna. Jedynie skinęłyśmy głowami. Przez całą drogę ich rozmowy skupiały się na fascynacji zespołem folkowym, niekiedy zapytując o nasze pochodzenie, jakby warszawska rejestracja samochodu nie była wystarczającą informacją. Było coraz goręcej, słońce mijało zenit. Granatowa sukienka coraz mocniej przyklejała mi się do ciała, a ciała współpodróżnych dawały klarowne sygnały zmęczenia.
                Po 150 kilometrze postanowiliśmy zrobić postój. Para zniknęła za stacją benzynową, tłumacząc się potrzebą zapalenia papierosa. Nasze głowy skierowane były jednak na tabliczkę wskazującą Olsztyn. Pan miał już tam być.
                Minęło piętnaście minut, lecz para nie wyłaniała się zza winkla budynku stacji. Jako że pożegnania formalne zwykle mają określoną datę i godzinę postanowiłyśmy poprosić o pośpiech młodych ludzi. Po kilkunastu krokach okazało się, że nigdzie ich nie ma.

                Dwadzieścia kilometrów trasy do centrum miasta upłynęły na urywanych frazach o zagubionych. Jednak smutek pogłębił się. Czyżby niewielkie odejścia mogły się stać frustracją, po czasie trudnego pożegnania?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz