środa, 21 maja 2014

HEJTING JAKO PRZEDŁUŻENIE CZŁONKA

                Ludzie nie lubią ludzi z dwóch tendencyjnych powodów, zazdrości lub nieumiejętności korzystania z własnej satysfakcji. Czerpanie tej znaczącej idei może się wiązać z konsekwencją idealistycznych pobudek, a co najważniejsze może prowadzić do spójnego i szczęśliwego życia. Tak się jednak nie dzieje.
                Byłam ostatnio na wieczorku autorskim grupy poetów, którzy postanowili, że zaczną pisać, bo skoro ktoś taki jak ja (O Syzyfie Życia!) może, to już chyba każdy zrobi to lepiej. Zaskoczył mnie ten wieczór do tego stopnia, że postanowiłam zanalizować kateksję zazdrości w sposób najlepiej mi znany – - psychoanalityczny.
                A więc, skoro wszystko jest znaczące, zakładamy, że popęd pierwotny jest tym właściwym.  Ego wiążę się z libido, gdy libido spada należy podnieść ego, gdy ego jest zaspokojone można pokusić się na zaprzestanie łechtania libido. Różne są formy nagradzania swojego ja, do najpopularniejszych należy hejting. To regularne sprzeciwianie się zjawiskom, o których nie ma się zielonego pojęcia. Mało tego, hejting odróżnia od dyskusji fakt, iż strona hejtowana nie jest brana pod uwagę w dyskursie tej pierwszej. Jest nieobecnym, transcendentnym niebytem, jaki należy wykreować na podstawie jedynie domysłów. Konsekwencją hejtowania jest stworzenie zagadnienia z punktu jednej osoby, a założeniem hejtowania jest rozdzielenie prawdziwego ja (s1) z wyobrażeniem (s2).
                Co do samego spotkania wokół twórczości młodych poetów, był tak emocjonujący jak kasowanie biletu w metrze, dodając fakt przepychania się w drzwiach tych, którzy licznie zrezygnowali z oglądania widowiska. Było tam trochę satyrycznego zamieszania, odrobina zabawy i wielka nonszalancja. W zamyśle miała być impreza na plaży w Acapulco, a wyszedł spływ kajakowy miłośników nordic walking. Czyli wszystko w normie. 

niedziela, 18 maja 2014

MATEMATYKA


Magda powiedziała, że już pana nie będzie. Że rozstaniemy się w spokoju, zupełnie w ten sam sposób jak się spotkaliśmy. Matrycą szczęścia już nigdy nie będą: poranna kawa z torebki albo faszerowana ryba podczas rozdzielnych świąt. Za głośny komputer w parze ze starym systemem komputerowym nie będą już przygłuszać naszych rozmów o wyborach do senatu czy kondycji warszawskiego Palucha. Właściwie jej twarz zakomunikowała mi dosyć czytelnie, że już niczego nie będzie.
                Wybrałam granatową sukienkę, która kojarzyła mi się równie czytelnie z wieczornymi spacerami, jak i z powagą sytuacji. Zanim jednak postawiłam na granat, zdołałam przymierzyć stos zwiewnych czarnych szmat, jak nigdy wcześniej nie pasujących do mojej bladej i zmęczonej twarzy.
                Różnica między Warszawą a Olsztynem to jakieś 176 kilometrów. Tego dnia różnica temperatur wynosiła jedynie dwa stopnie,  wrzesień był wyjątkowo słoneczny. Gdzieś koło setnego kilometra przy drodze stała para. Chłopak i dziewczyna. Różnica wzrostu była niewielka między nimi, różnica wieku, trzy, cztery lata. Różnili się budową ciała, on praktycznie przysadzisty, ona eteryczna. Oboje byli blond, lecz z różnicą w odcieniach.
                Zapytali, czy podwieziemy ich do Olsztyna. Jedynie skinęłyśmy głowami. Przez całą drogę ich rozmowy skupiały się na fascynacji zespołem folkowym, niekiedy zapytując o nasze pochodzenie, jakby warszawska rejestracja samochodu nie była wystarczającą informacją. Było coraz goręcej, słońce mijało zenit. Granatowa sukienka coraz mocniej przyklejała mi się do ciała, a ciała współpodróżnych dawały klarowne sygnały zmęczenia.
                Po 150 kilometrze postanowiliśmy zrobić postój. Para zniknęła za stacją benzynową, tłumacząc się potrzebą zapalenia papierosa. Nasze głowy skierowane były jednak na tabliczkę wskazującą Olsztyn. Pan miał już tam być.
                Minęło piętnaście minut, lecz para nie wyłaniała się zza winkla budynku stacji. Jako że pożegnania formalne zwykle mają określoną datę i godzinę postanowiłyśmy poprosić o pośpiech młodych ludzi. Po kilkunastu krokach okazało się, że nigdzie ich nie ma.

                Dwadzieścia kilometrów trasy do centrum miasta upłynęły na urywanych frazach o zagubionych. Jednak smutek pogłębił się. Czyżby niewielkie odejścia mogły się stać frustracją, po czasie trudnego pożegnania?