czwartek, 27 marca 2014

Obstrukcje

OBEREK
Odcinek 1.
            Rzecz o utraconej nadziei pod postacią tu: czarownej i niespotykanej pewności szczęścia. Dedykacja zakładająca audytorium nielekkie, szlachetne w działaniu, zagubione, tkające marzenia z nici tak pięknej co naiwnej. Jednym słowem na wstępie o marzeniach przegranych.
            Trochę o „Tangu” Mrożka, trochę o równaniu szczęścia. Trochę o hipokryzji. Jedynie o półprzyjaznych nam, szczerzących się do baśni bohaterach pełnych rozbieżności. Powstają kiedy o nich piszę i umierają podczas zamknięcia tekstu i odkładaniu twórczości na chwilę potem.
            Rzecz o przegranej, o bitwie na charaktery.



            Choć przyszedł maj utkany z nierealnych marzeń o wolności, na zewnątrz pomimo półwiosny panowała jesień. Koło młyna, co nigdzie nie odzwierciedla charakteru wytworu i stworu powstała mgła. Lasy płonęły nudą, ale były delikatnie znużone sytuacją kaprysu matki natury. Świeże pączki ułożyły się spać na nowo, nie do odrodzenia, raczej do przemijania.
            Panna Faust wybrała się na przejażdżkę meandrów literackich i otworzyła książkę Nabokova, twierdząc że to właśnie jego historia odpowiada kryteriom, czy to pochodzenia, czy świata jej otaczającego. Półświata.
            W półświecie poświata rozmyła niejako idącą ku szczęściu płachtę naiwności rozciągającej się w płatach umysłu panny. Zagubionej równie intrygująco, co intrygującej w poszukiwaniu spinki do włosów jakości drugiego gatunku.
            Gdyby wszystko było z drugiej ręki. Nawet chleb poranny, spożywany w oczekiwaniu sprawiedliwości harmonii fizjologii byłby nienagannym wzorcem noszącym odzienie z duszy. I spinki byłyby wspaniale uduchowione, i książki z nieodpartym charakterem inności o statusie: kto mógł ją czytać przed nami?
            Tylko my jesteśmy autorami z drugiej ręki. Wykorzystywani przez rodzicielskie popędy i środowiskowe ekscesy przekazu normalności. Tylko my, szeregujemy chęć istnienia poprzez: muszę, chcę, powinienem.
            - Gówno powinienem! – wykrzykiwał, oglądając serwis informacyjny pan Slow i pocierał swoją gęstą brodę niespracowaną ręką myśliciela. Człowiek jest jedyną istotą, której egzystencja wyprzedza esencję.
            Panna Faust, znosiła co jakiś czas te wypowiedzi przyjaciela, pocierając spracowaną ręką kobiety – pani domu, o okładkę kolejnej nieuduchowionej książki. Odkładała ją na miejsce tak samo świeżą i niezrozumianą. Powstawał zryw serca, co nie dawał książce typu wykorzystanej.
            Pocierała ona niekiedy kolanem o kolano, by wzbudzić zainteresowanie bytującego niczym polip – bezwonnie, w przedstawicielu męskiego stanu. Szybko jednak rezygnowała, układając jego zażenowanie charakterem półjedności.
            Wspomniany naturalizm tak gęsto się uwidocznił w pokoju półrelacji, że powstała mgła obrzydzenia. Obrzydzenia pana panną i panną pana. Obrzydzenia obowiązku przesiadywania w towarzystwie zarośniętego hipochondryka i śmierdzącej leniem paniusi.
            - A pan to tak cały wieczór przed tym telewizorem? – oblizała wargi ohydnie.
            - A panna to tak cały wieczór będzie snuła plany moich planów, przekreślając poprzednie założenia?
            - A pan musi być niemiły?
            - A pani musi być wścibska?
            Poruszyła się na fotelu i nawet Nabokov jej nie uratował przed kompromitacją. Niespełniona ta dziwka w pannie Faust przestała kolejno: ocierać kolanem o kolano, później udawać, że czyta. Po prostu zapragnęła rozpoznawać tekst.
            Wytworzyła się mgła różowa, nie zauważyłbyś jej. Sam nie wiem, czemu o tym piszę, skoro nie mam specjalnych fenomenologicznych uzdolnień i tak samo jak ty nie wierzę w oczyszczanie czakrów.
            Ta różowa mgła zaczęła odtwarzać zaangażowanie pisarza w tworzenie dzieła. Otworzył on umysł pannie. Zaczęła czytać zamaszyście, agresywnie, podatnie na sztukę. Została uduchowiona, zmądrzona, na poły była szczęśliwa. Bo tylko zrozumienie jest formą półszczęścia. Jaka ta droga, co wciela mądrość w życie?
            Pan Slow poruszył się i doznał dreszczu podniecenia. Panna Faust wciąż czytała i przez swoje zainteresowanie lekturą całkowicie straciła jakikolwiek kontakt z mężczyzną, którego chwilę wcześniej, niezgrabnie podrywała.
            Wciąż był maj i nagle zrobiło się ciepło, gorąco. Zapowiadał się upał. Toteż panna Faust zdjęła swój karmazynowy sweter z drugiej ręki. Był on uduchowiony, więc odpowiadał teorii szczęścia.
            Pan Slow rozpiął guzik pod szyją swej koszuli i niespodziewanie zaczął pocierać kolanem o kolano.
             Panna Faust czytała szybciej, sprawniej. Jej oddech przyspieszał i zaczęła imitować nagle konia w galopie. Niezmordowanego i doskonałego w swej fizyczności.
            Skończyła się garść połowy, a sfera otaczająca dotąd niezaaferowanych dwoje serc zaczęła przyciągać ich ku sobie, swojej fizyczności godnej miana spełnienia.
            Spotkały się ich dłonie. Tańczyły oberka w rytmie trzy-ósme. Sztampowo i dość programowo. Zaczęły się rozstawać dodając buty niepewności. Ich dłonie, jak para latynoskich kochanków były utkane z popędu i kompleksów. Blisko było do całkowitej ekstazy.
            Spotkały się kolana, te same, co się rozstawały z pragnieniem o zniechęcaniu. Blisko było ekstazy.
            Ale i ekstaza nadeszła, doszło do spełnienia. Naturalistycznej więzi, która wyzwala w nas to hormony, produkty materii, szczerość pochodzenia, magię uzyskania demona przynależności.
            Nadeszła ekstaza tak piękna jak i naturalistyczna. I utworzyła, ta sama dziwka-ekstaza, pojęcie brzydoty jako kategorii estetycznej.
            Rzecz o smutnych konsekwencjach spełnienia. Rzecz o śmiałej interpretacji zlekceważenia pojednania się ciał. 
            Czy tak interpretuję miłość? Może dzisiaj. Ale dzisiaj jest jesień na zewnątrz i nie czytam Nabokova. Wiem, że istnieje – przecież wznoszę za Nią toast, marzę o Niej, a kiedyś nawet się z nią spotkałem.

            Mógłbym uśmiercić bohaterkę, która osiągnęła orgazm siódmego stopnia – przez naukowców od orgazmów zwanego małą śmiercią. Powinienem ją uśmiercić, aby pociągnąć wątek, może wykreować bardziej prawdziwe emocje. Ale tego nie zrobię. Kto wiem, może ona po prostu jest częścią mnie… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz