czwartek, 30 października 2014

KOBIETA PO RAZ DRUGI


            Z dniem 28 listopada zbliża się data nowej odsłony Kobiety z wydm Artura Żymełki w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Bez zmieszania mogę tę sztukę asygnować nazwiskiem reżysera; jest on odpowiedzialny w kreacji praktycznie za każdy z ruchów, tak realizacyjnych jak i fabularnych. Tworzy on nowy system postrzegania artysty w teatrze - w pełni zaangażowany. Bo obserwując przygotowania do nowej odsłony spektaklu, można się zachwycić ilością nowatorskich środków narracyjnych.
            Historia, niczym w kafkowskiej scenerii, opowiada o mężczyźnie, który znudzony życiem postanawia wyjechać za miasto w poszukiwaniu i kolekcjonowaniu robaków. Trafia do dziury, benuelowskiego pudełka bez wyjścia, gdzie musi przesypywać piasek wraz z kobietą, z która tam mieszka. Niezrozumienie sytuacji, w jakiej się znajduje, wywołuje frustrację, a także gamę emocji, jaką obdarza lub zarzuca współmieszkankę wydmy. Wachlarz nastrojów, sensualizm krytyczny prowadzi bohaterów na bezdroża miłości.
            Żymełka admiruje kobietę, sprowadza ją do dydaktycznych treści, a jednocześnie zaznacza jej delikatność. Przydałaby się analiza jego poprzednich kreacji, a jest w czym wybierać. Mimo iż na pozór oderwane od czasu, wielkie arcydzieło literatury światowej, wkłada w realizację tak współczesne zagadnienia (dzisiejsze, dynamiczne miasto), jak i odpowiedzi na czas powstania utworu Kobo Abe. Jest też uniwersalny tryumf o płomiennej miłości. Tylko o miłości, bez dążenia do osobistego szczęścia bohaterów.
            W pierwszej części pokazany będzie obraz tradycyjnej Japonii. Na scenie wystąpią: Anna Krysztofiak - jedyna w Polsce kobieta wirtuoz, grająca na tak wielu tradycyjnych instrumentach japońskich, a asystować jej będzie członkini klubu Yakumo, ubrana w tradycyjne kimono. Obok nich wystąpią mistrzyni świata w karate tradycyjnym: sensei Katarzyna Krzywańska, oraz mistrzowie kendo Joanna Chudzik i Marcin Kubiak. Scenograficzny ascetyzm, urywane - ekspresyjne dźwięki, nawiązują do tradycji zen. Tradycyjny obraz kraju kwitnącej  wiśni dopełnią kata mistrzyni pustej dłoni oraz pojedynek spadkobierców samurajów - mistrzów drogi miecza. Jak przyznaje autor, to ogromny zaszczyt gościć takie postaci na deskach Teatru Muzycznego. Nie tylko uświetnią wydarzenie, wspomogą kreację Japonii w polskiej kulturze, ale i odpowiedzą na fabularne pytania opowieści o kobiecie z wydm.
            Chociaż to druga odsłona Kobiety z wydm, należy przygotować się na święto Japonii, celebrację kultury, opowiedzenie na nowo kilkudziesięcioletniej historii kochanków. W tytułową rolę wcieli się zjawiskowa Karolina Rejnus, a towarzyszyć jej będzie świetny Tomasz Moskal. Spotkanie zwieńczą zapytania o miejsce kobiety w kulturze podczas panelu dyskusyjnego, gdzie merytoryczne starcia sprowokują wybitni przedstawiciele muzyki, teatru, literatury, czy filmu.



Anna Maria Guziewska

niedziela, 21 września 2014

Ze względu na moją matkę...

Nieobecna ta uległość, spotkana w meandrach litości, ale najgorsza chyba słabość i kwestia wstydu. Dlaczego boimy się ukazać w prawdziwym świetle? Marilyn Monroe myślała, że ma brzydkie zęby, więc przez rok uczyła się u prywatnych wykładowców aktorstwa, w jaki sposób ułożyć usta, żeby uśmiechając się ich nie pokazywać.
Woody Allen w 1965 roku opowiadał żart o łosiu. O tym, że na wstępie, podczas polowania niekoniecznie go zabił. Później, jak się okazało, jechał z żywym łosiem na masce samochodu autostradą stanu Nowy York, ponieważ wcześniej zdołał go tylko obezwładnić. I nie wiedząc co ma zrobić z żywym łosiem w Nowym Yorku, postanowił go zabrać na bal przebierańców do swoich znajomych. Nie było zdziwienia, kiedy przyszedł z łosiem, tylko niesprawiedliwy konkurs o północy rozstrzygnął, iż pierwsze miejsce zajęła para... przebrana za łosia. Łoś dowiedział się o wygranej drugiego miejsca, podczas gdy facet przy barze chciał sprzedać mu ubezpieczenie.
Opowiem Wam krótkie historyjki, jakie mnie spotkały. Otóż, moja koleżanka (pozwoliłabym sobie na strukturę była przyjaciółka, co mnie zaskoczyło, gdy taką usłyszałam od grupki lokalnych gimnazjalistów) postanowiła, że nie zrobi mi nieznanej przykrości i odpuści mi niewiadome winy, bo mam dobrą matkę. Z tego też powodu mój były powiedział publicznie o czymś, czego nie powinien powiedzieć, co mogłoby we mnie uderzyć.  To wszystko to takie domniemania, kwestia wstydu, win, które nie istnieją, jak u Kafki. Chociaż mówią, że i on nie był taki niewinny. A! I klasyczny przykład moich współziomków ze sfer literackich. Moje dno i zenit nieumiejętności postanowili uczynić expose swojego spotkania autorskiego. Ciekawe, czy też ze względu na moją matkę?...
Szkoda mi mojej matki. Bo gdyby było jak w Pokucie McEwana, to się wszystko wyrówna i sami narzucacie na nią takie fatum. Pozostaje nadzieja jednak, że to tylko takie powiedzenia i że skoro nie mogę się wyzbyć zawiści, to chociaż nie będę się jej wstydzić.

środa, 21 maja 2014

HEJTING JAKO PRZEDŁUŻENIE CZŁONKA

                Ludzie nie lubią ludzi z dwóch tendencyjnych powodów, zazdrości lub nieumiejętności korzystania z własnej satysfakcji. Czerpanie tej znaczącej idei może się wiązać z konsekwencją idealistycznych pobudek, a co najważniejsze może prowadzić do spójnego i szczęśliwego życia. Tak się jednak nie dzieje.
                Byłam ostatnio na wieczorku autorskim grupy poetów, którzy postanowili, że zaczną pisać, bo skoro ktoś taki jak ja (O Syzyfie Życia!) może, to już chyba każdy zrobi to lepiej. Zaskoczył mnie ten wieczór do tego stopnia, że postanowiłam zanalizować kateksję zazdrości w sposób najlepiej mi znany – - psychoanalityczny.
                A więc, skoro wszystko jest znaczące, zakładamy, że popęd pierwotny jest tym właściwym.  Ego wiążę się z libido, gdy libido spada należy podnieść ego, gdy ego jest zaspokojone można pokusić się na zaprzestanie łechtania libido. Różne są formy nagradzania swojego ja, do najpopularniejszych należy hejting. To regularne sprzeciwianie się zjawiskom, o których nie ma się zielonego pojęcia. Mało tego, hejting odróżnia od dyskusji fakt, iż strona hejtowana nie jest brana pod uwagę w dyskursie tej pierwszej. Jest nieobecnym, transcendentnym niebytem, jaki należy wykreować na podstawie jedynie domysłów. Konsekwencją hejtowania jest stworzenie zagadnienia z punktu jednej osoby, a założeniem hejtowania jest rozdzielenie prawdziwego ja (s1) z wyobrażeniem (s2).
                Co do samego spotkania wokół twórczości młodych poetów, był tak emocjonujący jak kasowanie biletu w metrze, dodając fakt przepychania się w drzwiach tych, którzy licznie zrezygnowali z oglądania widowiska. Było tam trochę satyrycznego zamieszania, odrobina zabawy i wielka nonszalancja. W zamyśle miała być impreza na plaży w Acapulco, a wyszedł spływ kajakowy miłośników nordic walking. Czyli wszystko w normie. 

niedziela, 18 maja 2014

MATEMATYKA


Magda powiedziała, że już pana nie będzie. Że rozstaniemy się w spokoju, zupełnie w ten sam sposób jak się spotkaliśmy. Matrycą szczęścia już nigdy nie będą: poranna kawa z torebki albo faszerowana ryba podczas rozdzielnych świąt. Za głośny komputer w parze ze starym systemem komputerowym nie będą już przygłuszać naszych rozmów o wyborach do senatu czy kondycji warszawskiego Palucha. Właściwie jej twarz zakomunikowała mi dosyć czytelnie, że już niczego nie będzie.
                Wybrałam granatową sukienkę, która kojarzyła mi się równie czytelnie z wieczornymi spacerami, jak i z powagą sytuacji. Zanim jednak postawiłam na granat, zdołałam przymierzyć stos zwiewnych czarnych szmat, jak nigdy wcześniej nie pasujących do mojej bladej i zmęczonej twarzy.
                Różnica między Warszawą a Olsztynem to jakieś 176 kilometrów. Tego dnia różnica temperatur wynosiła jedynie dwa stopnie,  wrzesień był wyjątkowo słoneczny. Gdzieś koło setnego kilometra przy drodze stała para. Chłopak i dziewczyna. Różnica wzrostu była niewielka między nimi, różnica wieku, trzy, cztery lata. Różnili się budową ciała, on praktycznie przysadzisty, ona eteryczna. Oboje byli blond, lecz z różnicą w odcieniach.
                Zapytali, czy podwieziemy ich do Olsztyna. Jedynie skinęłyśmy głowami. Przez całą drogę ich rozmowy skupiały się na fascynacji zespołem folkowym, niekiedy zapytując o nasze pochodzenie, jakby warszawska rejestracja samochodu nie była wystarczającą informacją. Było coraz goręcej, słońce mijało zenit. Granatowa sukienka coraz mocniej przyklejała mi się do ciała, a ciała współpodróżnych dawały klarowne sygnały zmęczenia.
                Po 150 kilometrze postanowiliśmy zrobić postój. Para zniknęła za stacją benzynową, tłumacząc się potrzebą zapalenia papierosa. Nasze głowy skierowane były jednak na tabliczkę wskazującą Olsztyn. Pan miał już tam być.
                Minęło piętnaście minut, lecz para nie wyłaniała się zza winkla budynku stacji. Jako że pożegnania formalne zwykle mają określoną datę i godzinę postanowiłyśmy poprosić o pośpiech młodych ludzi. Po kilkunastu krokach okazało się, że nigdzie ich nie ma.

                Dwadzieścia kilometrów trasy do centrum miasta upłynęły na urywanych frazach o zagubionych. Jednak smutek pogłębił się. Czyżby niewielkie odejścia mogły się stać frustracją, po czasie trudnego pożegnania?

czwartek, 27 marca 2014

Obstrukcje

OBEREK
Odcinek 1.
            Rzecz o utraconej nadziei pod postacią tu: czarownej i niespotykanej pewności szczęścia. Dedykacja zakładająca audytorium nielekkie, szlachetne w działaniu, zagubione, tkające marzenia z nici tak pięknej co naiwnej. Jednym słowem na wstępie o marzeniach przegranych.
            Trochę o „Tangu” Mrożka, trochę o równaniu szczęścia. Trochę o hipokryzji. Jedynie o półprzyjaznych nam, szczerzących się do baśni bohaterach pełnych rozbieżności. Powstają kiedy o nich piszę i umierają podczas zamknięcia tekstu i odkładaniu twórczości na chwilę potem.
            Rzecz o przegranej, o bitwie na charaktery.



            Choć przyszedł maj utkany z nierealnych marzeń o wolności, na zewnątrz pomimo półwiosny panowała jesień. Koło młyna, co nigdzie nie odzwierciedla charakteru wytworu i stworu powstała mgła. Lasy płonęły nudą, ale były delikatnie znużone sytuacją kaprysu matki natury. Świeże pączki ułożyły się spać na nowo, nie do odrodzenia, raczej do przemijania.
            Panna Faust wybrała się na przejażdżkę meandrów literackich i otworzyła książkę Nabokova, twierdząc że to właśnie jego historia odpowiada kryteriom, czy to pochodzenia, czy świata jej otaczającego. Półświata.
            W półświecie poświata rozmyła niejako idącą ku szczęściu płachtę naiwności rozciągającej się w płatach umysłu panny. Zagubionej równie intrygująco, co intrygującej w poszukiwaniu spinki do włosów jakości drugiego gatunku.
            Gdyby wszystko było z drugiej ręki. Nawet chleb poranny, spożywany w oczekiwaniu sprawiedliwości harmonii fizjologii byłby nienagannym wzorcem noszącym odzienie z duszy. I spinki byłyby wspaniale uduchowione, i książki z nieodpartym charakterem inności o statusie: kto mógł ją czytać przed nami?
            Tylko my jesteśmy autorami z drugiej ręki. Wykorzystywani przez rodzicielskie popędy i środowiskowe ekscesy przekazu normalności. Tylko my, szeregujemy chęć istnienia poprzez: muszę, chcę, powinienem.
            - Gówno powinienem! – wykrzykiwał, oglądając serwis informacyjny pan Slow i pocierał swoją gęstą brodę niespracowaną ręką myśliciela. Człowiek jest jedyną istotą, której egzystencja wyprzedza esencję.
            Panna Faust, znosiła co jakiś czas te wypowiedzi przyjaciela, pocierając spracowaną ręką kobiety – pani domu, o okładkę kolejnej nieuduchowionej książki. Odkładała ją na miejsce tak samo świeżą i niezrozumianą. Powstawał zryw serca, co nie dawał książce typu wykorzystanej.
            Pocierała ona niekiedy kolanem o kolano, by wzbudzić zainteresowanie bytującego niczym polip – bezwonnie, w przedstawicielu męskiego stanu. Szybko jednak rezygnowała, układając jego zażenowanie charakterem półjedności.
            Wspomniany naturalizm tak gęsto się uwidocznił w pokoju półrelacji, że powstała mgła obrzydzenia. Obrzydzenia pana panną i panną pana. Obrzydzenia obowiązku przesiadywania w towarzystwie zarośniętego hipochondryka i śmierdzącej leniem paniusi.
            - A pan to tak cały wieczór przed tym telewizorem? – oblizała wargi ohydnie.
            - A panna to tak cały wieczór będzie snuła plany moich planów, przekreślając poprzednie założenia?
            - A pan musi być niemiły?
            - A pani musi być wścibska?
            Poruszyła się na fotelu i nawet Nabokov jej nie uratował przed kompromitacją. Niespełniona ta dziwka w pannie Faust przestała kolejno: ocierać kolanem o kolano, później udawać, że czyta. Po prostu zapragnęła rozpoznawać tekst.
            Wytworzyła się mgła różowa, nie zauważyłbyś jej. Sam nie wiem, czemu o tym piszę, skoro nie mam specjalnych fenomenologicznych uzdolnień i tak samo jak ty nie wierzę w oczyszczanie czakrów.
            Ta różowa mgła zaczęła odtwarzać zaangażowanie pisarza w tworzenie dzieła. Otworzył on umysł pannie. Zaczęła czytać zamaszyście, agresywnie, podatnie na sztukę. Została uduchowiona, zmądrzona, na poły była szczęśliwa. Bo tylko zrozumienie jest formą półszczęścia. Jaka ta droga, co wciela mądrość w życie?
            Pan Slow poruszył się i doznał dreszczu podniecenia. Panna Faust wciąż czytała i przez swoje zainteresowanie lekturą całkowicie straciła jakikolwiek kontakt z mężczyzną, którego chwilę wcześniej, niezgrabnie podrywała.
            Wciąż był maj i nagle zrobiło się ciepło, gorąco. Zapowiadał się upał. Toteż panna Faust zdjęła swój karmazynowy sweter z drugiej ręki. Był on uduchowiony, więc odpowiadał teorii szczęścia.
            Pan Slow rozpiął guzik pod szyją swej koszuli i niespodziewanie zaczął pocierać kolanem o kolano.
             Panna Faust czytała szybciej, sprawniej. Jej oddech przyspieszał i zaczęła imitować nagle konia w galopie. Niezmordowanego i doskonałego w swej fizyczności.
            Skończyła się garść połowy, a sfera otaczająca dotąd niezaaferowanych dwoje serc zaczęła przyciągać ich ku sobie, swojej fizyczności godnej miana spełnienia.
            Spotkały się ich dłonie. Tańczyły oberka w rytmie trzy-ósme. Sztampowo i dość programowo. Zaczęły się rozstawać dodając buty niepewności. Ich dłonie, jak para latynoskich kochanków były utkane z popędu i kompleksów. Blisko było do całkowitej ekstazy.
            Spotkały się kolana, te same, co się rozstawały z pragnieniem o zniechęcaniu. Blisko było ekstazy.
            Ale i ekstaza nadeszła, doszło do spełnienia. Naturalistycznej więzi, która wyzwala w nas to hormony, produkty materii, szczerość pochodzenia, magię uzyskania demona przynależności.
            Nadeszła ekstaza tak piękna jak i naturalistyczna. I utworzyła, ta sama dziwka-ekstaza, pojęcie brzydoty jako kategorii estetycznej.
            Rzecz o smutnych konsekwencjach spełnienia. Rzecz o śmiałej interpretacji zlekceważenia pojednania się ciał. 
            Czy tak interpretuję miłość? Może dzisiaj. Ale dzisiaj jest jesień na zewnątrz i nie czytam Nabokova. Wiem, że istnieje – przecież wznoszę za Nią toast, marzę o Niej, a kiedyś nawet się z nią spotkałem.

            Mógłbym uśmiercić bohaterkę, która osiągnęła orgazm siódmego stopnia – przez naukowców od orgazmów zwanego małą śmiercią. Powinienem ją uśmiercić, aby pociągnąć wątek, może wykreować bardziej prawdziwe emocje. Ale tego nie zrobię. Kto wiem, może ona po prostu jest częścią mnie…