piątek, 20 lipca 2012

Mój Bóg jest kobietą


Zapowiedź już zasygnalizował mi Erazm z Rotterdamu. W swojej rozprawie „Pochwała głupoty” napisał: Czy Bóg mógłby przyjąć postać kobiety albo diabła, albo osła, albo dyni, albo kamienia? Gdyby zaś to w jaki sposób jako dynia wygłaszałby kazania, czyniłby cuda, zostałby ukrzyżowany?
Może fragmentarycznie przedstawiam sytuację Boga w świecie złudzeń, czy też kojarzę próbę wyjaśniania odwiecznej zagadki: Kim, tudzież, czy w ogóle Bóg jest?
Bracia Strugaccy w tekście „Trudno być Bogiem” napisali: . Nie wiedzieli, że w tym świecie straszliwych upiorów przeszłości oni są jedynym realnym zaczątkiem przyszłości, są fermentem, witaminą w organizmie społeczeństwa. Zniszczyć tę witaminę i organizm zacznie gnić, rozprzestrzeni się społeczny szkorbut, sflaczeją mięśnie, oczy postradają bystrość, wypadną zęby.
Ale nie jest to rozprawa o tym, co kto napisał, a na pewno nie jest to próba przekazania treści innych. Nie ma bardziej oklepanego tematu, tak w literaturze, czy nawet bardziej holistycznie – w całym zamyśle kultury – jak właśnie motyw Boga i jego działalności, objawiającej się jako wpływ na masy.
Człowiek zamknięty w jednotorowym, sztampowym środowisku to dobry materiał na poprawnego bohatera, który nagle odkrywa nową drogę i jej przypisuje wprzódy cel, by po chwili nadać jej znaczenie.
Podobno Bóg jest miłością. A mi właśnie w tym momencie jawi się kobieta zakochana, milcząca, ale wewnętrznie zupełnie niespokojna. Liminalna, nieskromnie dziergająca kolejną bliznę na swym sercu, wspominając utraconą miłość. I gdzie tu Bóg jest miłością?
Dodajmy do smaku koncepcję Fromma, która zakłada, że miłość na wstępie jest zupełną rezygnacją z siebie. To stan, w którym przejmujemy całkowicie mentalność obiektu konsekwencji spotkania Amora.
Strugaccy chyba najpewniej przedstawili nam miłość boską i automatycznie nasuwa się stwierdzenie – miłość nie-ludzką. A na półkach sterczą książki, opowiadające, jak to pięknie jest kochać, jak przejmująco jest być pod wpływem uczucia. A znam grono, które miłości uczuciem nie nazywa.
W twórczości pojawia się również kartoteka dla tych, którzy nie mówią o jakiejś przejmującym i wzniosłym zakochaniu. Mało tego, jest miejsce dla sztuki, która nie mówi o Bogu! Albert Lux Szumskiego, gdzie rozgrywa się jedynie próba przedstawienia zmienności ludzi i braku jakiejkolwiek synchronizacji z trendem, mijaniem czasu. I weźmy do tego z samego brzegu Tango Mrożka. Tutaj dopiero chaos i demoralizacja przegrywają swoją rangą z domeną Boga i jego całkowitej działalności.
Brak mi świeżości i ciągłości akcji samego człowieka, który jest z daleka od jakiegoś feralnego fatum i nagiętej religii. Brak mi bohatera, który by nie mówił o miłości, bo mówiąc byle jak o miłości można wpaść w schemat budowy jedynie kompozycji.
Moje pretensje powinnam kierować do autorów albo odesłać ich do starej szkoły. Choć sukcesywne odmoralnianie ludzkości byłoby najlepszym przykładem, że jest o czym pisać. Była Antygona, był już Gustaw, był już zakochany Petrarka, a nawet Miłosz przyznał jak kochał, tyle że posłużył się biogramem Orfeusza. Zostawmy ten temat w spokoju, niech każdy kocha tak jak chce!
Dlatego właśnie mój Bóg jest kobietą. Bo jest niezdecydowany. Tak i ja pragnę niezdecydowania i szczerze mówiąc, również zdarzyło mi się pisać o miłości. I zawsze myślałam, że to właśnie ta przez duże M. Mój Bóg jest kobietą, bo cały czas się szykuje na wielkie wyjście i obawiam się, że sama próba ujawnienia mojego Boga, po czasach zniecierpliwienia, zupełnie mnie ominie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz