piątek, 15 czerwca 2012

Mrożek jakiego pamiętam...
Każdy, kto kiedykolwiek podejmował próby literackie (i tutaj pozostawiam do oceny rozbieżność pomiędzy skrupulatną interpretacją jej historii czy też spotkania z twórczością własną) napotykał na postać niejakiego Sławomira Mrożka. Myślę, że można śmiało przeprowadzić badania na zapytanie: Jaki odsetek czy też promil z chmary person stycznych z twórczością giganta polskiej literatury nie uległ urokowi tak jego postaci, historii, jak jemu samemu – Mrożkowi z charakterem?
            Zaraz ktoś odrzeknie: „No przecież wszyscy mają charakter! Gorszy, lepszy? W czymże on jest lepszy ode mnie?” Pozaplanowo: osoba taka ma za sobą co najmniej kilka nieudanych prób publikacyjnych. A lekceważąc status pytającego, spróbujmy przedstawić Mrożka jako strażnika nietuzinkowości, speca od wzruszeń, ironicznego drania, doktora Jekylla od koncepcji miłości i Mr. Hyde’a od poprawności politycznych.
            Chyba że na wstępie objaśnię, że Mrożek do taki pan od samotności. Nie-wieczny chłopiec z czapką harcerską czy beretem odwiedzin kościelnych. Powiem, że na jego kolejne dzieła czeka się jak na księdza po kolędzie, który zawsze się spóźnia, ale czekamy w skupieniu lub zwykłej irytacji. O tym, że Mrożek nie prosi o uznanie, a je otrzymuje w niezliczonych miarach. Że Mrożek nie prosi o audytorium, a ma je stokroć większe niż wieczorne wydanie wiadomości. Że jest uniwersum pod każdym względem i czytają go zarówno profesorzy, doktorzy, uczniowie, jak i pracownicy sklepu pod kasą – nie tylko w przerwie na śniadanie.
            I gdyby Nietzsche miał w sobie polski pierwiastek patriotyzmu uwarunkowanego w kwestiach zainteresowania literaturą, zgadłby, że odnalazł w końcu swego Übermenscha. Mrożek jako nadczłowiek – jednostka twórcza, istota pewna siebie i obdarzona szlachetnymi, wyróżniającymi się cechami charakteru – żył poza zasadami obowiązującymi wśród otaczającego go ogółu na wielu etapach egzystencji. Żył niejako poza prawem i przyjętą moralnością. Jednakże zwracam uwagę na wieloznaczność słowa moralność i absolutnie nie porównuję pisarza do persony pozbawionej skrupułów w patologicznych działaniach.
            Taki to Napoleon, Goethe, Jezus, Cezar, Szekspir[1] układa przez działanie świetną tkankę badań z zakresu psyche, jednocześnie budując (nieświadomie?) autorytet dla tych, którzy się na nim poznali.
I piszę o tym, bo nader wszystko boję się o pokolenie bez Mrożka. O pisarzach, wracających – prawda – z fantastycznych wypraw i wędrówek, ale zapominających wśród ludzi właśnie o tej najprostszej ludzkiej samotności. Boję się, że przyrzeczenia i świadectwa licznie powielone, ale okazane przez Norwida, nie znajdą już tak wspaniałego wierzyciela materii skłonnej do „bycia tylko przez chwilę”. Że nie będzie pisarzy na serio, którzy piszą z przymrużeniem. Że nie będzie dramatów naprawdę, mimo licznych przejawów groteski. Że nie będzie postaci „jak co dzień”, co to rzadko się spotyka, ale nigdy nie omija. I najbardziej boję się o samego pana Mrożka, który po urazie afazji, choć przyznaje, że spokojny – na przekór wizerunkom - prezentuje się z bratnią duszą – Susaną.
            Ile jest w pisarzu bohatera? Choć psychoanaliza każe mi tłumaczyć, że bohater jest dla pisarza gliną zbudowaną z własnych lęków, niepokoi i kompleksów – to ja właśnie widzę Mrożka, jako wprzódy władczego, cichego, skromnie zamyślonego ateistę i pełnego wiary w ludzi, autora i że jego pisaniu – nie ma miejsca na jakikolwiek, nawet najmniejszy lapsus.
            I wielką odpowiedzialność podejmuję, pisząc o Mrożku: „był”, skoro Mrożek wciąż jest. Niewytłumaczalne dla mnie jest to, że podczas podróży autobusem miejskim widzę przesłania pisarza na ogromnych reklamach, że jego twarz jest na okładkach kolorówek. I choć dbamy w sposób najbardziej prymitywny o pamięć o Panu Mrożku, to jednocześnie nie wierzymy do końca, że po „Dziennikach” coś jeszcze wyjdzie spod jego pióra. Natomiast ja prywatnie ufam jego przezorności, ufam jego taktyce i otwarcie wierzę, że to tylko część skrupulatnego planu literata. Zawsze lepsza cicha świadomość istnienia geniusza niż wielkie i głośne boom, które trwa tylko chwilę i rani swym odejściem, gdy rodzą się gwiazdy. Te same, co szybko spadają.


[1] Ta wyliczanka została w oryginale przyjęta z koncepcji Nietschego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz