czwartek, 26 lipca 2012

Zadziwiający brak zmian, mieszany z kategorią braku uzupełnienia. Dziwny ten los, przewrotny dość lub zupełnie niezmienny.
W polityce bez zmian, na froncie bezpiecznie, literatura jak na razie milczy, a kino zabawia nas prostymi wakacyjnymi historyjkami.
Nuda, jak zakładał Maciej Stuhr w swoim skeczu "Rozmowa przez telefon".
Ostatnio moja serdeczna przyjaciółka dostała informacje, że na tle jej obrazów zostanie dokonana zbrodnia w postaci sesji zdjęciowej niejakiej Natalii Siwiec. Zbrodnia została rzeczywiście dokonana brutalnie.
A dziś jestem pewna, że celebracja nie powinna się spotykać ze sztuką.

piątek, 20 lipca 2012

Mój Bóg jest kobietą


Zapowiedź już zasygnalizował mi Erazm z Rotterdamu. W swojej rozprawie „Pochwała głupoty” napisał: Czy Bóg mógłby przyjąć postać kobiety albo diabła, albo osła, albo dyni, albo kamienia? Gdyby zaś to w jaki sposób jako dynia wygłaszałby kazania, czyniłby cuda, zostałby ukrzyżowany?
Może fragmentarycznie przedstawiam sytuację Boga w świecie złudzeń, czy też kojarzę próbę wyjaśniania odwiecznej zagadki: Kim, tudzież, czy w ogóle Bóg jest?
Bracia Strugaccy w tekście „Trudno być Bogiem” napisali: . Nie wiedzieli, że w tym świecie straszliwych upiorów przeszłości oni są jedynym realnym zaczątkiem przyszłości, są fermentem, witaminą w organizmie społeczeństwa. Zniszczyć tę witaminę i organizm zacznie gnić, rozprzestrzeni się społeczny szkorbut, sflaczeją mięśnie, oczy postradają bystrość, wypadną zęby.
Ale nie jest to rozprawa o tym, co kto napisał, a na pewno nie jest to próba przekazania treści innych. Nie ma bardziej oklepanego tematu, tak w literaturze, czy nawet bardziej holistycznie – w całym zamyśle kultury – jak właśnie motyw Boga i jego działalności, objawiającej się jako wpływ na masy.
Człowiek zamknięty w jednotorowym, sztampowym środowisku to dobry materiał na poprawnego bohatera, który nagle odkrywa nową drogę i jej przypisuje wprzódy cel, by po chwili nadać jej znaczenie.
Podobno Bóg jest miłością. A mi właśnie w tym momencie jawi się kobieta zakochana, milcząca, ale wewnętrznie zupełnie niespokojna. Liminalna, nieskromnie dziergająca kolejną bliznę na swym sercu, wspominając utraconą miłość. I gdzie tu Bóg jest miłością?
Dodajmy do smaku koncepcję Fromma, która zakłada, że miłość na wstępie jest zupełną rezygnacją z siebie. To stan, w którym przejmujemy całkowicie mentalność obiektu konsekwencji spotkania Amora.
Strugaccy chyba najpewniej przedstawili nam miłość boską i automatycznie nasuwa się stwierdzenie – miłość nie-ludzką. A na półkach sterczą książki, opowiadające, jak to pięknie jest kochać, jak przejmująco jest być pod wpływem uczucia. A znam grono, które miłości uczuciem nie nazywa.
W twórczości pojawia się również kartoteka dla tych, którzy nie mówią o jakiejś przejmującym i wzniosłym zakochaniu. Mało tego, jest miejsce dla sztuki, która nie mówi o Bogu! Albert Lux Szumskiego, gdzie rozgrywa się jedynie próba przedstawienia zmienności ludzi i braku jakiejkolwiek synchronizacji z trendem, mijaniem czasu. I weźmy do tego z samego brzegu Tango Mrożka. Tutaj dopiero chaos i demoralizacja przegrywają swoją rangą z domeną Boga i jego całkowitej działalności.
Brak mi świeżości i ciągłości akcji samego człowieka, który jest z daleka od jakiegoś feralnego fatum i nagiętej religii. Brak mi bohatera, który by nie mówił o miłości, bo mówiąc byle jak o miłości można wpaść w schemat budowy jedynie kompozycji.
Moje pretensje powinnam kierować do autorów albo odesłać ich do starej szkoły. Choć sukcesywne odmoralnianie ludzkości byłoby najlepszym przykładem, że jest o czym pisać. Była Antygona, był już Gustaw, był już zakochany Petrarka, a nawet Miłosz przyznał jak kochał, tyle że posłużył się biogramem Orfeusza. Zostawmy ten temat w spokoju, niech każdy kocha tak jak chce!
Dlatego właśnie mój Bóg jest kobietą. Bo jest niezdecydowany. Tak i ja pragnę niezdecydowania i szczerze mówiąc, również zdarzyło mi się pisać o miłości. I zawsze myślałam, że to właśnie ta przez duże M. Mój Bóg jest kobietą, bo cały czas się szykuje na wielkie wyjście i obawiam się, że sama próba ujawnienia mojego Boga, po czasach zniecierpliwienia, zupełnie mnie ominie.

środa, 18 lipca 2012

Śmieszna sprawa to pisanie

Pisarz nigdy nie jest osobą godną zaufania. Zakrywa swoje prawdziwe ja, a relacje zamieszcza w swoim wątłym mniemaniu w twórczości. Dlatego tak trudno, ba! niemożliwie jest być przyjacielem pisarza.
Ostatnio Janusz Głowacki w "Zwierciadle" przyznał, iż najlepszą rzeczą w życiu pisarza jest jego niepowodzenie życiowe.
A więc, jestem świetnym materiałem na pisarza.
Zapraszam do księgarni po "Bóg jest kobietą"

piątek, 15 czerwca 2012

http://www.youtube.com/watch?v=zKQNbwCgFK4

POLECAM!
Mrożek jakiego pamiętam...
Każdy, kto kiedykolwiek podejmował próby literackie (i tutaj pozostawiam do oceny rozbieżność pomiędzy skrupulatną interpretacją jej historii czy też spotkania z twórczością własną) napotykał na postać niejakiego Sławomira Mrożka. Myślę, że można śmiało przeprowadzić badania na zapytanie: Jaki odsetek czy też promil z chmary person stycznych z twórczością giganta polskiej literatury nie uległ urokowi tak jego postaci, historii, jak jemu samemu – Mrożkowi z charakterem?
            Zaraz ktoś odrzeknie: „No przecież wszyscy mają charakter! Gorszy, lepszy? W czymże on jest lepszy ode mnie?” Pozaplanowo: osoba taka ma za sobą co najmniej kilka nieudanych prób publikacyjnych. A lekceważąc status pytającego, spróbujmy przedstawić Mrożka jako strażnika nietuzinkowości, speca od wzruszeń, ironicznego drania, doktora Jekylla od koncepcji miłości i Mr. Hyde’a od poprawności politycznych.
            Chyba że na wstępie objaśnię, że Mrożek do taki pan od samotności. Nie-wieczny chłopiec z czapką harcerską czy beretem odwiedzin kościelnych. Powiem, że na jego kolejne dzieła czeka się jak na księdza po kolędzie, który zawsze się spóźnia, ale czekamy w skupieniu lub zwykłej irytacji. O tym, że Mrożek nie prosi o uznanie, a je otrzymuje w niezliczonych miarach. Że Mrożek nie prosi o audytorium, a ma je stokroć większe niż wieczorne wydanie wiadomości. Że jest uniwersum pod każdym względem i czytają go zarówno profesorzy, doktorzy, uczniowie, jak i pracownicy sklepu pod kasą – nie tylko w przerwie na śniadanie.
            I gdyby Nietzsche miał w sobie polski pierwiastek patriotyzmu uwarunkowanego w kwestiach zainteresowania literaturą, zgadłby, że odnalazł w końcu swego Übermenscha. Mrożek jako nadczłowiek – jednostka twórcza, istota pewna siebie i obdarzona szlachetnymi, wyróżniającymi się cechami charakteru – żył poza zasadami obowiązującymi wśród otaczającego go ogółu na wielu etapach egzystencji. Żył niejako poza prawem i przyjętą moralnością. Jednakże zwracam uwagę na wieloznaczność słowa moralność i absolutnie nie porównuję pisarza do persony pozbawionej skrupułów w patologicznych działaniach.
            Taki to Napoleon, Goethe, Jezus, Cezar, Szekspir[1] układa przez działanie świetną tkankę badań z zakresu psyche, jednocześnie budując (nieświadomie?) autorytet dla tych, którzy się na nim poznali.
I piszę o tym, bo nader wszystko boję się o pokolenie bez Mrożka. O pisarzach, wracających – prawda – z fantastycznych wypraw i wędrówek, ale zapominających wśród ludzi właśnie o tej najprostszej ludzkiej samotności. Boję się, że przyrzeczenia i świadectwa licznie powielone, ale okazane przez Norwida, nie znajdą już tak wspaniałego wierzyciela materii skłonnej do „bycia tylko przez chwilę”. Że nie będzie pisarzy na serio, którzy piszą z przymrużeniem. Że nie będzie dramatów naprawdę, mimo licznych przejawów groteski. Że nie będzie postaci „jak co dzień”, co to rzadko się spotyka, ale nigdy nie omija. I najbardziej boję się o samego pana Mrożka, który po urazie afazji, choć przyznaje, że spokojny – na przekór wizerunkom - prezentuje się z bratnią duszą – Susaną.
            Ile jest w pisarzu bohatera? Choć psychoanaliza każe mi tłumaczyć, że bohater jest dla pisarza gliną zbudowaną z własnych lęków, niepokoi i kompleksów – to ja właśnie widzę Mrożka, jako wprzódy władczego, cichego, skromnie zamyślonego ateistę i pełnego wiary w ludzi, autora i że jego pisaniu – nie ma miejsca na jakikolwiek, nawet najmniejszy lapsus.
            I wielką odpowiedzialność podejmuję, pisząc o Mrożku: „był”, skoro Mrożek wciąż jest. Niewytłumaczalne dla mnie jest to, że podczas podróży autobusem miejskim widzę przesłania pisarza na ogromnych reklamach, że jego twarz jest na okładkach kolorówek. I choć dbamy w sposób najbardziej prymitywny o pamięć o Panu Mrożku, to jednocześnie nie wierzymy do końca, że po „Dziennikach” coś jeszcze wyjdzie spod jego pióra. Natomiast ja prywatnie ufam jego przezorności, ufam jego taktyce i otwarcie wierzę, że to tylko część skrupulatnego planu literata. Zawsze lepsza cicha świadomość istnienia geniusza niż wielkie i głośne boom, które trwa tylko chwilę i rani swym odejściem, gdy rodzą się gwiazdy. Te same, co szybko spadają.


[1] Ta wyliczanka została w oryginale przyjęta z koncepcji Nietschego

dowody twórczości


             O tym, że Witkacy bywał pod wpływem środków odurzających wie każdy. Pytanie, skąd? Otóż często o tym pisał, zeznawał, że jego bohaterowie zagubieni w licznych pytaniach na temat twórczości i życia, sięgali po sposoby umotywowania swych trudów. I tak w chociażby „Nienasyceniu” pozostawił nam dorobek, świadczący o tym, że kolokwialnie mówiąc „brał”.
            Ponurak i ekscentryk, w złowieszczym triumfie donosił o istocie potrzeby kochania, nawiązując do freudowskich teorii, a sam wzbraniał się przed egzekutywą małżeństwa. On sam, zawiedziony samobójczą śmiercią narzeczonej – Jadwigi Janczewskiej, zdecydował się na mentalną ucieczkę pod pozorem wyprawy z przyjacielem, niejakim Malinowskim.
            Jak mawiał tytułowy bohater dokumentu „Z punktu widzenia nocnego portiera” Kieślowskiego „…Bo prze pana prezent jest nagrodą, nagroda jest prezentem”, tak i Witkacy, zagubiony w fazach przygotowania do życia społecznego, nagrody przetwarzał na okoliczności fortuny. Mistyfikował swoją posadę z życiu artystycznym i zapowiedział dosyć sztampowo nową drogę, którą wcześniej niejako wybudowali twórcy modernizmu – pokpiewanie.
            Szeregi izmów uznawał za drogę do wzbogacenia człowieka o jeden sentymentalny budulec, jakim były wyrzuty sumienia: kłamstwo stało się dla niego środkiem estetycznym (tzw. kłamizm)
            W dzieciństwie został odwrócony od proletariackich uzasadnień kreacji wspólnoty, bo jego ojciec manifestował Witkiewiczowski indywidualizm poprzez naukę w domu, podczas której odwiedzali meandry jego rozwoju niekiedy sami artystyczni mentorzy. A więc, drogą dedukcji mamy uzasadnienie, jakoby z wielkiego pytania o indywidualizm dorosłych, narodził się wynaturzony pośrednik prawdy o irracjonalnym audytorium.
            Choć modne stało się zakładanie o freudowskich przekonaniach w życiorysach, ja jednak odwrócę kartę na psychoanalizę lacanowską, prowadzącą nie tyle do krytyki poprzedników Lacana, ile do częstszych źródeł akceptacji ego poprzez topologię słowotwórstwa.
            Witkacy formował często listy, zapisywane na symbolicznych kartkach, jak wniósł reżyser „Mistyfikacji” Jacek Koprowicz. Najlepiej zachowane i opublikowane zostały listy do żony artysty – Jadwigi Unrug (wnuczki Juliusza Kossaka). W jednym z nich Witkacy podaje „(…) Mama przesyła ukłony. Oświadcz ode mnie uszanowanie Twemu ojcu(…)”. Widzimy tu jawny kontrast pomiędzy sprzymierzeńcami ochrony indywidualizmu samego Stanisława, jak i jego żony. Kompleks Edypa – zapewnia silną więź między matką a synem i pomimo obwoluty, która wysyła nam sztampowość występowania zjawiska w wieku rozwojowym   (5-6 rok życia) o tyle w przypadku dorosłego mężczyzny może budzić niepokoje. Natomiast autor listu szybko się reflektuje w słowach pozdrowień dla ojca żony, gdyż w ten sposób nieświadomie przedstawia nam proces kompleksu Elektry, który odwraca sytuację Edypa na córkę i Jokasty na ojca. Wnioskujemy, że po znamienitości dziadka Jadwigi ojciec musiał pozostać w komitywie z honorem i uzasadnieniem wyjątkowości pochodzenia.
            „Przez te dwa tygodnie miałem wrażenie, że świat jest bezbarwną fotografią” – pisze pokrótce. Jak rozumieć tak intensywne rozgoryczenie, jeśli chodzi o postać, która jest silnie zobowiązana wobec zniewalającej treści wizualizacji (gdyż na wstępie był malarzem)? Witkacy słynął z braku dbałości o realizm, więc jego reakcja może pozostać lekko przesadzona pod wpływem niecierpliwości na drodze do satysfakcji. Później donosi „Całuję Cię z wielkim przywiązaniem, a nawet pod wpływem listu Twego zaczęłaś mi się na nowo trochę podobać”. Bezczelne stwierdzenie, które odwołuje się do daremnej słodkości drania Witkacego, piorunuje również przełożeniem klasy nad zachowania biologiczne. Otóż, tutaj należałoby przypomnieć o teorii materializmu biologicznego artysty (pluralizm i biologizm, kojarzony z zasadą precyzyjniejszego tłumaczenia świata poprzez biologię, a nie fizykę).
            „Pamiętaj, że mogą być piekielne intrygi przeciwko mnie. Chciałbym, abyś nie pozwalała na wtłaczanie obcych elementów między nas”. Zniewolony Stach wzbrania się przed domysłami żony, kilka akapitów wcześniej informując ją, iż był na orgii seksualnej u Zana, ale wypił tylko kilka kieliszków! „Tylko” stanowi podstawę i odwraca głowę od zasad zachowania na takowym spotkaniu.
            Zwróćmy uwagę na „kłamizm”. Otóż najpierw nadinterpretacja: „Policjant jest przekonany o tym, że X dopuścił się kradzieży. Jednak z uwagi na fakt, że X jest jego kuzynem, twierdzi, że niczego nie ukradł”. Wypowiedź taka będzie kłamstwem nawet wówczas, gdy X faktycznie nie brał udziału w kradzieży. Policjant świadomie podaje fakty niezgodne z jego wiedzą o rzeczywistości” („Prawda to zgodność rzeczy z sądem” Arystoteles).
            Nadinterpretacja ta ukazuje nam, dwojakość założeń kłamstwa, które stanowi co prawda odmoralnienie, ale niekoniecznie przemawia za próbami resocjalizacji wewnętrznej, bo tak jak u Witkacego – nawet kłamstwo podane w smacznym stylu, potrafi być intrygujące.
            „Wczoraj napisałem oboje nie ( może napiszę jeszcze oboje niej)” – zdefraudowana wizja obojnactwa, wyznana kobiecie nabiera niestety symboliki drwiny z tejże.
            „O ile zgodzisz się, bym pisał bardziej bez sensu, będę mógł wtedy pisać bardziej bezpośrednio” – Stach wie, że jego szeregowanie myśli kończy się wendetą. Zagubiony w natłoku rozumowania, zakrapianego i dynamizowanego używkami, może nie sprzyjać relacjom międzyludzkim. Natomiast w jego wypowiedziach nie zauważamy braku zrozumienia przez nietuzinkową erudycję. Może sam, przez całą dojrzałość, nosi w sobie smutek konsekwencji mentalnego odosobnienia w fazach przyuczania (artefakt pierwszego doznania zawsze jest doświadczeniem gorzkim).
            Listy powstają systematycznie! Oczywiście, ponieważ tworzy je z dokładnością potrzeby uniesienia. „Gdyby człowiek postanowił, że codziennie będzie robił to samo o tej samej porze, stworzyłby rytuał. Cały świat wydawałby się prostszy” – jak podaje główny bohater „Ofiarowania” Tarkowskiego. Swoją drogą należałoby tu wprowadzić Tarkowski termin: system idiotystów.
            „Z paltem i ubraniem muszę poczekać do Wścieklizny” – podaje. Oczywiście chodzi o premierę dramatu w toruńskim teatrze, natomiast sama, wyrwana wypowiedź symbolizuje autora jako niesamowicie zniecierpliwionego. „Przestajesz mi się podobać, wszystko staje się totalnym bez!” Następuje tutaj psychoanalityczne pęknięcie, które staje się reakcją na nowe doznania. Pierwsze doświadczenie zawsze jest ascetyczną wizją, natomiast powtarzalność zachowania tworzy „brudny” obraz pojęcia. Dlatego też często tworzymy w sobie neurotyków – zakładających abstrakcję oraz psychotyków – którzy na wszelkich poziomach życia sięgają po perwersję.
            Krytycy wytykali Witkacemu, że zamiast wyjaśniać swoje teorie sztuki, zwyczajnie je narzucał. Sam opowiadał: „jak można z góry umawiać się na procent?”. Kiedy to w repertuarze jednego z wziętych teatrów widniały jedynie jego sztuki. Tak też Witkacy był tematem spornym, ale fakty świadczą o tym, że nie należał do palladium niedocenionych.
            „Wtedy (tzw. "mimowolna zakrętka" daleko niebezpieczniejsza od świadomych, bo prawie nigdy się nie łamie) muszę się od Ciebie oddalić.” Zakrętka, symbol wywrotności, odistotniania szczegółów kreacji oraz reakcja na powszechność. A w miłości? Kontrybucja do zaangażowania, perturbacja wierności, w końcu – stanowcza próba usprawiedliwienia.
            Kiedy zaczyna zmierzchać, Witkacy w drygu wieczornych orgii nie symbolizuje człowieka codziennego. Że niby systematyczność to wielka rzecz, natomiast u niego jest szczegółem obumarcia artystycznego. „Niestety nie mogę pisać J[aśnie] W[ielmożna], ponieważ od wielu lat do nikogo tak nie piszę. Okropnie nie lubię tej formy - jest to dziedziczne, bo mój Ojciec też tak pisał. Mogę pisać "pani".”
            Imię ojca jest najbardziej znaczącym elementem w rozwoju tożsamości (uzdrawiającym tożsamość artystyczną Witkacego – twórczość). Wypełzał się spod ścieśnionych skrzydeł perfekcji krytyka i estety – starego Witkiewicza, a sam na złość teorii ojca co do walk o demokrację – wstąpił do carskiej armii. Tutaj, wiele przekładów jego zmian zawdzięczamy „Nienasyceniu”.
Gdyby nie istniała deformacyjna wizja życia, nie istniałoby ono samo. Dlatego w każdym z nas jest owy Witkacy, jest owa abstrakcja, szczegółowość obcości. Natomiast, nikt z nas nie odważył się na taką krytykę codzienności poprzez uzewnętrznianie.  
„Piszę do Was, nie po to by Was do siebie zniechęcić, tylko abyście znali całą grozę sytuacji.
Wasz Stach”